Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mesztre. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mesztre. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 maja 2012

flourish.

during a walk by the city, in the middle-spring time, with having nothing to do, I decided to go to see an exhibition. the uniqueness! it happened to me to meet Jan! after trying to meet, for a long time, it just happened, as everthing in the world wanted to make that meeting. for a long time, I didn't felt magic is arround, and it happened in that one moment. maybe that is beacuse Jan is a kind of magic person, which is so full of inspiration, someone between dream and reality, someone who is connected, with himself and someting much more. a kind of wolf, that runs between worlds.

Jan told me beautiful thing, that he feels great being in Kraków, home and anywhere he will be, because he is with himself, deeply inside. ready to feel.

so much:




I was going home, in a train. I looked through the window, watchng forest which the train was passing. everything was so green, as it hurt my eyes. firstly I looked at tops of the trees. and than came the forest. trees covered by dark and shadow, thoughts about mystery of living, asking about sense. in that moment I saw as in the mirror, my own face, in the reflection in the glass. there was one second, I saw sense of living. my own in the forrest. that was moment of being total honest to myself.

make every spring of your life, different from another. make it year by the year, every spring, definitely new. whatever it means.


night trip, made my legs flourish.




sobota, 18 lutego 2012

słyszą.




minęło mi tych parę dni pod znakiem choroby. zaczęło się w ostatni weekend. duża gorączka, ból gardła, osłabienie całego organizmu. nie wiedziałam dlaczego, przecież wszystko zaczyna się pięknie układać. przeziębienie to moment w którym człowiek nie ma oparcia w bliskich, kiedy nie dają mu ciepła i ciało zaczyna zauważać zewnętrzny chłód, i reaguje. ból gardła, pojawia się kiedy mówimy, ale nie słuchają nas. słyszą ale nie słuchają. są ale tak jakby w ogóle ich nie było. nas też wtedy nie ma chociaż, bardzo chcemy być.
podobnie stało się ze mną i moimi potrzebami. miałam ich wiele, i mówiłam o nich. wystarczyło, że ktoś nie dość, że nie chciał tego słuchać, to nie potrafił wyczuć zachowania które zaspokoiłoby moje potrzeby. bo każdy człowiek ma wielką potrzebę rozmowy, ja taką miałam, zauważenia tego, że przede wszystkim jestem bardzo mocno odczuwającym człowiekiem, podzieleniem się tym co widzę i tym co słyszę.

powoli udaje mi się wyjść z tego przeziębienia. powoli zaczynam być słuchana.





sztuko czekam na Ciebie tak bardzo mocno!

czwartek, 19 stycznia 2012

maliny.


kraków małymi krokami. powoli, w podróży daję się zauroczyć.
mimo, że czuję, że brakuje mi starego krakowa, takiego trochę sprzed lat.
chociaż minęło parę miesięcy.
zaledwie i aż.





międzyprzestrzeń.



spotkania po latach są bardzo niezwykłe. nawet jeśli wcale nie minęło tak wiele lat. mowa o Malinach, które w innych kolorach zaświtały znowu w głowie. nie wiem co się stało, że wydawało się, że z Malinem nie widziałam się latami. chociaż dobrze go znam ciągle. chociaż minęło parę miesięcy odkąd ostatni raz się widzieliśmy. witamy się jak starzy przyjaciele, a nawet dam się wziąć na ręce na powitanie!!
rozmowa o podróży. o tym, że bardzo warto.
myślę, że spotkaniem z Malinem pożegnałam stary kraków.

nareszcie. w momencie w którym znowu już prawie mam tu swoje miejsce, kiedy znowu świat nie daje mi zgniąć wśród zgiełku tego wielkiego miasta. kiedy znowu czuję że to dobry czas, dla mnie i dla krakowa. bo znowu razem z Krakowem jesteśmy więcej niż przyjaciółmi. a nasze spotkania już od dawna nie są tylko próbkami.

środa, 4 stycznia 2012

urania.

mogłam zamienić się w Marylin Monroe. najpierw z fotografem poczynić tak naprawdę pierwsze moje zdjęcia. pierwsze na których pokazałam więcej niż dotychczas, a później stracić wszystko, łącznie z życiem.
może i mam coś z Marylin, ale ciągle jestem tylko i trochę aż adą.




powróciłam z wyprawy. przywitało mnie miasto wielkich jezior, kruków, jemiół i złotego jabłka. zapoznałam się z Olsztynem i dałam mu się przeniknąć. wypełniało całą moją zewnętrzność. jechałam w nieznane i nareszcie dałam sobie poczuć, że robię wszystko tak jak czuję, a życie daje mi płynąć z sobą, sycąc mnie każdym swoim gestem.


czy można zrobić coś bardziej nierozważnego? jechać do kogoś, kogo właściwie w ogóle się nie zna? przejechać w nieznane całą Polskę? postawić wszystko na jedną kartę, zaryzykować wszystko?
tyle rzeczy mogło się okazać po przyjeździe do Olsztyna.

okazało się, wszystko o czym wiedziałam o czym czułam już od dłuższego czasu. nie mogło być inaczej, poddałam się magii i chwili.

to takie niezwykłe, że spotykamy takich a nie innych ludzi. że spotykamy kogoś kto pasuje do naszych potrzeb. kogoś kto zaspokajając swoje potrzeby, zaspokaja i nasze. i przy tym promienieje wewnętrznym uśmiechem, w czasie w którym dostrzegamy także swój uśmiech spoglądając w lustro.
intelektualnie odżyłam. to piękne, że stojąc po dwóch stronach barykady w kwestii leczenia, można poprowadzić wysoce stymulującą intelektualnie dyskusję. ja leczę się sama, a Dawid leczy ludzi. leczy operując ich serca.

jestem jedną z dziewczyn: GIRLS

środa, 28 grudnia 2011

jezioro.

ciągle jestem Ptasiek.

chociaż wcale nie boje się pofrunąć. nie boję się opuścić klatki.



tymczasem Michał:










w piątek wyjeżdżam w daleką podróż. będę fotografować olsztyńskie kruki, oglądać jeziora i gadać do bladego świtu. wezmę z sobą Sekret, żeby podzielić się nim. będzie to wyjazd z Dylanem, do snów o Dylanie. zgodzę się, żebyś mi poczytał.

środa, 27 lipca 2011

szyja i uśmiech.

idea czasu zamienia się w jeden dzień. płynie czas, uciekając zawrotnie toczy się przez place.
chciałabym oprzeć głowę na spokojnej chmurze, trawie albo na jakimś sytym brzuchu. wszystko mogłoby dziać się na trawie. tuż pod delikatnie zachmurzonym niebem, gdzie zapachy całej unoszącej się chwili przecinać będą soczyste i coraz bardziej świeże powietrze.
ziemia nie musi być gorąca. chciałabym żeby oddychała, zgodnie z moim oddechem uciekając mi spod szczupłych bosych stóp.

wmawiam sobie, że to niemożliwe żeby życie nie dawało szansy na realizację marzeń, na spokojny oddech i szczęście, takim osobom jak ja. niewierze w to.

work in progress. maluję. przedziwne wizje ogarniają moją głowę. pobudzona jestem szalenie, fizycznie sycę się pokarmem, a myśli odpoczynkiem.
naturalnie wypuszczam się na spacer z marzeniami. plany, wszystko zupełnie nowe. coraz bardziej rozwijając mnie gdzieś w głębi. kwitnąco. zakończenie szarpaniny, którą do tej pory uważałam na pobudzającą, życiodajną, kojącą.
czym tak naprawdę jest szczęście? przestrzenią. marzeniem. domem. wszystkimi wrażeniami które rodzą miłość i działanie. jakimi by one nie były. dające wszystko to, nie tylko mnie, ale także innym. i kształtujące relacje, na linii ja-ja i ja-inny.

piękniejemy z każdym dniem dającym odżywienie.
dwa miałam sny.
jednej nocy przyśniła mi się śmierć. jednej z najbliższych mi osób. tej śmierci najbardziej się boję. przeżyłabym ją najbardziej. i najmocniej, wobec tego co już udało się przeżyć i wobec wyobrażenia tego jak mogłabym cokolwiek przeżyć innego. była to mojej babci śmierć. śniłam o niej najpiękniej. babcia wiedziała, że ona nadchodzi. umierała szczerze, w szczęściu i z uśmiechem na twarzy. uśmiech ten był przygotowany na powitanie i pożegnanie. boże. najpiękniejszy jaki kiedykolwiek uśmiech widziałam. śmierć idealna. mam wrażenie, że śmierć może być idealna.

w drugim śnie, miałam córkę o imieniu Sara. była śliczna, darzyłam ją dużą miłością. każdy chciał się nią zajmować, a ja nie miałam nic przeciwko temu. realizowałam swoje życie pamiętając o tym co się ze mnie zrodziło i jak bardzo to kocham. w tym wypadku ją. najbardziej chciała zajmować się nią Terka. i tak też było. ja szykowałam dla dziecka wanienkę, fotelik żeby mogła ze mną jeździć i oglądać świat. nieważne dla mnie było kto jest ojcem dziecka. nie chciałam wiedzieć nawet kim on może być.
chciałabym wiedzieć, jakie może być znaczenie tego imienia. wiem tylko że symbolizuje księżyc, i pasuje do zodiakalnego byka. w Biblii imię symbolizowało cudowną nagłą płodność dwóch niezależnych płaszczyzn. niezależnych chociaż połączonych ważnym ogniwem.



tak bardzo lubię to zdjęcie.

www.mesztre.blogspot.com


piątek, 21 stycznia 2011

śnieg.



jestem twoim dzisiejszym spojrzeniem, i śniegiem prószącym wśród głębokiej nocy.
MichałLichtański


środa, 5 stycznia 2011

sycącosłodzące


słowa słodkie. dusząco-sycące. wyobrażające.

pięknych ludzi mam wokoło o pięknych duszach.

mam21lat. dzieńdobry! przecież już od tak dawna mam 21lat! kilka niesamowitych chwil pewnego osiemnastego. pewne sztalugi i książka. sto lat na jednym przepitym oddechu. na wielu przepitych oddechach. wielu. nie ważne jakich, chodzi o to, że moich tylko moich :)
kilka refleksji z tamtego dnia. z tamtego wieczora.
to co maluje, jak maluje. to chyba dla mnie najważniejsze. dlatego oddaję to w dłonie które znam. które znają ogrom pracy i duszy która wylewa się z płócien. cała najdrobniejszą historię itajemnicę. ktoś zupełnie przypadkowy chciał, żebym zrozumiała jak wiele mogę zrobić, żeby ochronić to co mam. to co mam na płótnach, oprócz moich dłoni i nóg to największa moja wartość. i cokolowiek miałoby się dziać. nie stanie się. bo mam gorące serce. i wiele mogłabym zrobić, żeby nigdy tego nie stracić.

o wiele więcej szczerości. dużo bardziej o mnie. o tobie i o tym co czasem dzieje się między nami.






adowe plecy kolorowe
mesztre



raz jestem kotek, a raz jestem myszka.
a pytaniem kluczowym zagadnę cię kolejnego dnia
czyją muzą jest kto?

przeglądałam swojego bloga dawnego. parę smutności zapisanych drżącą ręką. nie wiedziałam, że kiedyś byłam tak depresyjna. tak uderzająco smutna. bałabym się, spotkać z sobą sprzed roku. bałabym się o siebie.


jest pare wrażeń z tamtego okresu. i moment powstania z prawiemartwych. cieszę, się, że zaczęłam marzyć w końcu o czymś innym. o wytchnieniu co się gdzieniegdzie nazywa szczęście.



małe niedosyty codziennego życia są najsmaczniejsze.

poniedziałek, 8 listopada 2010

od słów wariuję najbardziej.

dwa niesamowite dni. wieczorne drzewa na pomarańczowym niebie placu inwalidów. drobny siniak na twarzy, i dwa na udach niewiadomego pochodzenia. dwa dni pełne przyjaznych alkoholowości, przyjaźni.profanacja. było niesamowicie, znowu zachciało się oddychać, dlatego, że najbliżsi oddychają wciąż.


dziś natomiast mogłabym spłonąć. albo roztopić się i tak jak woda stać się zupełnie przezroczystą. czy ludzie zdają sobie sprawę jak ciężko jest być piękną? piękna się pragnie, porząda. ale z tej drugiej strony to przygniata i tak wewnętrznie gniecie. i uświadamiasz sobie, że często stanowi jedyną wartość. czy jest coś gorszego od bycia pięknym?
kiedyś nadejdzie starość, moja skóra będzie opowiadać historię mojego życia. mojego pseudoartystycznegokrakowskiegożycia. o ludziach którzy byli obok, o zmęczeniu pod powiekami, o ilości wypitego alkoholu i wypalonych papierosach. nie szukam szczęścia, tylko potwierdzenia tego, że jestem. oczy mnie pieką. wygląda na to, że dałam się uwieść, że dołączam do magicznej listy.
przynajmniej nie zdążył w kliszy zamknąć mojej duszy. ale mam cały koszyk przeżyć i przygód i tylko dlatego nie chce mi się płakać. wariuję. od niespokojnych jak wiatr myśli. od piosenek. chwil. wszystkiego co mnie otacza. drzew. zapachów i słów. od słów wariuję najbardziej.

wczoraj bardzo inspirujące spotkanie. tutaj mam na imię tajemnica:





zdjęcie Michał