wtorek, 1 lutego 2022

 zbyt wielkie niewiem. nic, i o niczym. gubię się w swojej głowie bardzo. walę na oślep i robię uniki. dostaję w twarz.

tak, ciągle czuję się jak jakaś gwiazda. to okropne uczucie. mieć wobec siebie ogromne oczekiwania. praktycznie niespełnialne. popełnienie jakiegokolwiek błędu, łączy się z falą smutku, i godzeniem się z sobą. pozwalanie sobie na bycie nieideałem, poznawanie niedealności w sobie. zgoda na nieidealne życie. tak się czuję trochę ciągle, jakbym grała w swoim własnym filmie. zupełnie bez świadomości tego stanu w chwili realnej. widzę to, i czuję bardzo czasem. 

spoglądam na swoją zapłakaną twarz. płaczę właściwie codziennie. od ponad pół roku, słucham muzyki i płaczę. jestem straszliwie zła na życie. nie ma we mnie zgody na to, że nie mam kontroli nad nim, jakiejkolwiek. nad sobą, nad uczuciami, emocjami- także cudzymi. brak we mnie wiary w to, że wszystko będzie dobrze. że to wszystko dzieje się dla mojego rozwoju i dobra.

mam żal, ogromny żal. do życia, za to właśnie, że jestem sobą, za te jasne włosy, i dziecięcą twarz. za spanie do południa, za szorstkie krwawiące od mrozu dłonie, za nieogarnięcie. za nieczytanie. za swoje nieżycie, w tu i teraz. za tęsknotę za tym czego nie będę mieć... za tęsknotę mam największy żal. jestem o to bardzo zła. całe moje życie, jest poplątanym nieporozumieniem. decyzjami podejmowanymi na nie wiadomo jakiej podstawie. 

za to, że nie umiem stawiać granic. za to, że w relacjach jestem kisielem. rozlewam się po drugim człowieku niedowytrzymania. parzę, zakrywam, odbieram oddech. sama też się tak czuję, jakby smoła przykrywała każdy centymetr ciała. tak, że nie mogę się nawet ruszać. 

chce mi się spać. nie chce mi się tu być i żyć. nie ma dla mnie miejsca. jestem już dawno bardzej u góry, albo całkiem gdzieś indziej.

poniedziałek, 3 stycznia 2022

heaven.


jest 09/11/2020, niedziela. Węgrzyna 14/3. Gdańsk.



czy jest możliwy powrót z piekła?

spacerowałam po nim od lat. nie wiedziałam dlaczego.

dopóki nie okazało się, 


że to ja jestem piekłem. 


zamknięta w tych korytarzach z których nie ma wyjścia. nie chcę śmierci, tak się wydaje jakby nic nie mogło dać ukojenia. chyba, że stapianie się ze swoją istotą. 

z piekłem.

odczuwanie go głęboko. zgadzanie się, z faktem, że istnieje, i jest w środku, żywe i parzące. pochłaniające.

ludzie najczęściej udają, że go nie ma. zagłuszają je. tłumaczą sobie, inni ludzie im tłumaczą. terapie. przykrywa je świat, pozornego nieba. 

udekorowany, namalowany, wyciszony, wyreżyserowany, oświecony, codzienny, pijany, sprozakowany.

to wspaniałe, że ciągle są na to sposoby. ludzie je po prostu mają, i ja miałam. do momentu kiedy kurtyna nie zaczęła opadać.to naturalne, że szuka się sposobów, żeby uciec, złapać jakiś bieg, sens. żeby chociaż na chwilę nie być tu gdzie się jest. w tym swoim piekle. zdecydowałam, że nie chcę ukrywać przed sobą emocji. ze światem mam jeszcze trochę problem. chciałam zacząć od siebie. to co znalazłam przeraża mnie. 

boję się spoglądać w lustro, przyznawać się do tego, 

że nikt nigdy mnie nie kochał, sama siebie nie kochałam.

że nikt nigdy nie chciał mojej prawdziwej obecności, i ja nie chcę też niczyjej, łącznie ze swoją. 

że najbardziej na świecie pragnę zniknąć, tak samo jak chcę żeby zniknął ten świat.


dochodzę do ściany, takiej przy której nie będę ukrywać żadnych emocji, dam się zrozumieć, i jednocześnie nienawidzę tego momentu, i go nie chcę. przychodzą takie dni jak dziś. po obudzeniu wszystko pozornie jest dobrze, scenariusz się powtarza, budzę się sama. cieszę się, i myślę o tym dlaczego sama. dlaczego tego chcę, i dlaczego tak bardzo jednocześnie nienawidzę budzić się sama. wstaję, stawiam wodę na kawę. piję gównianą rozpuszczalkę, przecież nie ma dla kogo robić dobrej kawy. w dobrej kawie, chodzi o obecność. a tu nikogo nie ma, prawie nie ma też mnie. otwieram balkon, odpalam papierosa, patrzę w telefon, wiadomość, dwie. wkurwia mnie to, że są takie a nie inne, że są dwie, że są, albo że nie ma ich więcej. ale są, nie od tej osoby, na którą czekam. którą kocham, i której nienawidzę. nie ma. dwie godziny później, okazuje się, że jest 15:00. nic nie jadłam, poszły dwie kawy. i z 10 papierosów, a ja siedzę w piżamie, dekadencko przemarznięta. jest listopad, a balkon otwarty. mieszkanie i tak zadymione. jem, owsiankę, coś leci w tle. nie wiem za co się zabrać. szkoda, że nie siedzę dalej w piżamie. nie wiem co robię kolejnych kilka godzin, telefon do siostry, mamy. nic nowego, no to tak jak u mnie, random nadchodząca śmierć. czekam na mój ulubiony program. zaczyna się o 20. jestem w złym stanie, widzę, że ludzie żyją, są sobą, otaczają się jakimś życiem, coś próbują robić. to samo w innych internetach, ładne światy, jakieś próby. mi się nawet po wino nie chce wyjść z domu. coś miałam robić, ale coś znowu paraliżuje mnie w środku. czytam jedno zdanie, uruchamia się lawina i jedziemy. znajduję odpowiedzi, że przecież nikt mnie nigdy nie kochał, jak miałoby być w moim życiu miejsce dla kogokolwiek? kiedy jest się beznadziejnością. utracone pasje, brak chęci do kontaktu, brak sił na konfrontacje, wieczne jakby wkurwienie nie wiadomo na co i kogo. niechęć do  kontaktu z kimkolwiek. uprzytamnianie sobie w każdej minucie, że brak jakichkolwiek umiejętności, brak chęci. niby jest jakaś głowa, wsparta na ramionach, ale tak jakby jej nie było. za to są oczy, służące głównie do wylewania łez. i wylewam je, kolejnych kilka godzin. nadchodzi 1:00, nic się nie wydarza, wjeżdża za to 6 kawa, tak o 1:00. piszę to wszystko, i myślę, że kupienie termoforu było najlepszą życiową decyzją. nie ma ciała które mogłoby i chciało dogrzać. za to kawałek ciepłej gumy, która ratuje mnie przed własnym chłodem. nie będę się dzisiaj kąpać. zasnę w tym super mieszkaniu, z bolącymi oczami. ale jeszcze nie teraz, dopiję kawę, i parę pasjansów później pomyślę, że bez sensu tracę prąd w babcinej lampie. niech świat się wali, prawa kobiet łamią, pis wypierdala, a ja popatrzę w sufit, leżąc po jednej stronie łóżka i wyobrażając sobie, że po tej drugiej ktoś właśnie zapragnął mnie przytulić. dwie łzy, albo dwieście przecież nadal mam 13 lat żeby sobie wyobrażać, że ktoś może zapragnąć mnie przytulić. dobre sobie, przecież boję się ludzi i nie chcę, żeby ktoś widział, że denerwuję się rano że żyję. nie chcę przecież, budzić się o 14:00 pokazując, że jestem nieudacznikiem świata, bo wolę leżeć niż spacerować nad morzem, albo kogoś kochać i z nim spacerować lub leżeć. spacer jest tu najmniej istotny. chyba, że to samotny spacer gdzieś gdzie nie będzie niczego i nikogo dookoła. nawet mnie. 

jesteś taka mądra, poetyczna, i głęboka. nikt nigdy nie rozumie do końca co chcesz powiedzieć, dociera na różnych poziomach, używasz adekwatnych, celnych i mistycznych metafor, używasz takich, żeby nie przyznać się, że jest tak strasznie chujowo. że ktoś wykorzystał twoje uczucia, twoją wiarę w coś głębokiego, że nigdy się nie liczyłaś, że zawsze ustępowałaś- bo był ktoś ważniejszy, albo słabszy, albo wiedziałaś, że nic nie możesz zmienić. że takie sytuacje nie wydarzają się pierwszy raz, że znasz ten stan, ale coraz gorzej go znosisz, że być może to ostatni raz kiedy jeszcze masz siłę cokolwiek znosić. życie to nie ma być kurwa "znoszenie". 



a może właśnie ma/ miało. 

1:29/dopijam kawę i dobranoc.



sobota, 1 stycznia 2022

newworld.

 planowałam to, że napiszę serię postów. nie wiedziałam kiedy zacząć. ciągle tylko wisiało jakieś "kiedyś". dzisiaj zrozumiałam, że mogę zaczynać. 

jest 02/11/2020, poniedziałek. Węgrzyna 14/3. Gdańsk.


miałam przyjechać tu po szczęście, i tak się stało. dziś mogę mieć nadzieję, że tak to czuję. życzę sobie tego, stąd to wszystko. w Gdańsku miałam przeżyć dokładnie to wszystko, wiem o tym. są siłaczki tego świata, które czasem ten świat pokonuje. albo postanawiają się z nim jeszcze bardziej stopić. przejść gdzieś indziej. może dalej. tak wierzę.

chciałabym pływać we wszystkich wspaniałych piosenkach, których w tej chwili słucham. chciałabym żeby było głośno. i ciepło. pewnie wyobrażam sobie, że jest ze mną W. wtedy było mi najlepiej. i tak sobie myślę, już od dłuższego czasu, że mogę to wszystko zrobić. przeżyłam dokładnie to, na co czekałam całe swoje życie. 

Spotkanie przez duże "S'. pewnie nigdy nie umiałabym w to, tak żeby zostało na stałe, i pewnie z nikim, jeśli z W. się nie udało. nie jestem w stanie wyobrażać sobie przyszłości. przeszłam granicę swojego własnego upadku. straciłam po raz kolejny wszystko co miałam, i jeszcze więcej. 

historie się powtarzają, zmieniają twarze, ja ciągle jestem sama.

sama na końcu świata. i nawet tu nie wyszło. żadne z moich marzeń się nie spełniło, a jeśli spełniło to tylko na chwilę. dostałam lizaka, polizałam go, smakował jak niebo. kilka sekund, i znikał. za każdym razem. nie umiem bez tego, nie umiem. samotność nie daje mi lizaków. tylko łzy, słone i piekące. 


marzenia. oprócz tego jednego, które mam nadzieję zrealizowałam. wybrałam szczególny dzień. jak brama. tak chciałam, już od lat. marzenie o lizaku, przestało mi wystarczać. pragnienie wysuszyło moją  głodną duszę. i tak choruję. i tak umieram. 

pewnie jestem już bez pracy. zaraz nie będzie pieniędzy. co tam pieniądze. nie mam gdzie się realizować. praca wyciągnęła ze mnie już wszystko co mogła. psychicznie straciłam już godność. zero szarpania, i udowadniania, nikomu, tym bardziej sobie. 

czuję się tu dobrze, w tym ślicznym pustym mieszkaniu. w Gdańsku, w którym nie ma nikogo z bliskich, kto osądziłby moje decyzje, i próbowałby zagłuszyć moje wewnętrzne powinności, i "marzenie" o lizaku, który się nie skończy, tak jak kończę się w tej formie jaada, w tym wydaniu. szukam, i pewnie będę szukać, dobra i spokoju. ciepła. muzyki, malowania obrazów, bez patrzenia. 

ktoś na pewno ze mną będzie, i nie będę dłużej szła sama. po coś przyjechałam, może po to żeby odejść tak jak chcę, i tak jak wzywa mnie coś z głębi. czasem nie ma rozwiązań, a systemy się nie kończą. nie chcę widzieć już tych twarzy. nie chcę być jawić się jako jedna z nich. jeśli mają być ze mną/ po prostu mną, stańmy się wszyscy jednym, i spotkajmy się na końcu świata.


 w którym zawsze będzie ciepło. 








środa, 5 maja 2021

n-arcy.

kiedyś pewnie przyjdzie dzień. w którym opowiem światu trochę bardziej o tym co stało się w moim życiu. o tym co usłyszałam kiedy zadałam swojemu światu i życiu pytanie: 

2020? 

usłyszałam, poczułam i przeżyłam. 

przeżywam. ten rok się nie skończył. tak samo jak nigdy nie skończyło się moje dzieciństwo. 

strachy z szafy szczerze pierwszy raz postanowiłam po prostu zobaczyć. zamiast jak zwykle zamykać im drzwi przed nosem, czekając aż się wkurwią do tego stopnia, że drzwi wyważą. i z wściekłością napadną a mnie rozrywając moje ciało i duszę na milion kawałków. (własny) wkurw/smutek/ żal.

wchłaniać, czuć, wypłakać, przeprocesować. spychologia umysłu straciła wszystkie dotychczasowe możliwości i umiejętności. ile będzie trzeba tyle czasu zostanę poza umysłem, poza światem, tak żeby dać sobie czas. 

wszystkie płaszczyzny się zachwiały. poziom serca, duszy, ciała i umysłu. nie ma poziomów, jestem tylko ja. 


trudno mi się zrozumieć. trudno mi zrozumieć ludzi. reakcyjność i poziom metafizyki, chemii uczuć, energetyki. wiedziałam, że pod każdą codzienną powierzchnią coś jest. wiedziałam, że jest dla mnie prawda. czułam ją. 

wiem, i czuję. 

życie absolutnie nie jest takie jak się wydaje. moja ogromna wrażliwość pozwala mi rozumieć coraz więcej. bardzo chciałabym skoordynować wszystko co wiem, wszystkie prawdy które poznałam z tym kim jestem. i z tym jak i co czuję. 

nigdy nie myślałam o życiu płytko, jednokierunkowo. ani o żadnym człowieku którego spotkałam na swojej drodze. nawet jeśli to dusza, która jest stracona. dusza człowieka upadłego, której miłość nigdy nie uzdrowi. nie myślałam płytko o żadnej relacji- ani tej która dotyczyła mnie ani nikogo innego. nigdy. 

wszystko czego się nauczyłam w trakcie tego najtrudniejszego roku w moim życiu, to fakt że relacje to ZAWSZE zbiór układów i sił, spotkanie- reprezentowanie, i absolutnie żadne z tych spotkań nie wydarza się przypadkowo. gramy w grę, mamy tyle żyć, ile potrzeba żeby w końcu przejść poziom. dobrze znam sytuację w której ludzie i życia zataczają koła, zmieniają się twarze, ale zachowania po prostu się powtarzają. najłatwiej utrzymywać się w marzeniowości, zamykać wszystko w otchłani niepamięci, udawać i okłamywać siebie, że jest inaczej niż jest. i nie ma w tym nic złego. każdy ma swoje sposoby, dokładnie takie jakich potrzebuje. ja słucham muzyki, próbuję malować obrazy, podpijam się, głównie po to żeby kiedyś w końcu zasnąć. nie śpię od roku. nie śpię bo wrażliwość nie daje mi spać. a przyklejony energetycznie skurwiel zamiast oddać mi miłość, ciągnie ze mnie metafizyczne siły. pewnie mu smakują moje łzy. cieszy się, że upadłam, z miłości upadłam. i mogłabym niżej. nawet to planowałam, i myślę że na to pytanie odpowie mi 2021. gdzie jest życie, prawdziwsze od bycia posiłkiem upadłej duszy. jestem silniejsza niż to, a najlepsze co mogłam dla siebie zrobić to nie pojechać do Warszawy. 

dużo myślę, i potrzebuję ukojenia. niechętnie ale wiem, że tego potrzebuję. spotkać wszystkich skurwieli swojego życia po raz ostatni. i zrobię to, jasną dłonią zaznaczę, że już nigdy żaden z nich nie podejdzie bliżej. zabieram ze swoją odpowiedzialnością wszystko to na co się godziłam, a każdy z nich niech zabierze to co mi zrobił, jak źle mnie potraktował. każdy z nich zostanie z tym co ma, z każdą sekundą swojej własnej odpowiedzialności. może trzeba przypłacić to nawet życiem. ale czasem to jedyne rozwiązanie żeby i postawić i zburzyć mury. a może wystarczy czas. każdy i tak spotka to/ co /kogo ma spotkać. 

_______________________________________________________

żeby sadysta mógł robić to co robi- potrzebny jest masochista. 

łatwo stać się jedną z dwóch ról, będąc po jednej stronie,

 balansuje się na krawędzi tej drugiej. 








 

poniedziałek, 19 kwietnia 2021

jak?


 jeden raz nie powiedziałam prawdy.


nie było takiego dnia.


_____________________________________


you’re confusion of my illusion. 

_____________________________________


wiem, że blokując, chodziło o mnie.

o to, 

żebym to ja nie mogła napisać, 

chcę codziennie,

mimo, że

boli wszystko. 

_____________________________________


tak samo jak wtedy. 


sobota, 7 listopada 2020

ja, dziś. me/ 07.11





Dodaj podpis




krzywizna i szczerość.
nadal Cię kocham.



i daję Ci odejść. 
'
boli, tak jak nigdy nie bolało. krwawię jedną łzą.
umieranie. krwawię.

daję, Ci odejść.
wszystko tak strasznie boli W.

nie umiem w jakiekolwiek życie bez Ciebie.



mam zielone oczy, rok to może być dla nich za dużo.
dla mnie za dużo. 

tears for fears.
/umieranie.


 

czwartek, 15 października 2020

niemiłości.



niby przestałam tu pisać, ale są we mnie rzeczy, których być może nigdy nie będę miała okazji werbalnie powiedzieć. 

żywi ludzie mogą mówić, umarli niech sobie milkną jeśli chcą. 

jest we mnie tyle złości, miłości, emocji. i życia. 


____________________


"Paraliż" / 27.09.2020


Muzyka grała.

A ja płakałam.

Kochałam.

Ciebie W. 


Paliłam dużo.

Kochałam.

____________________





_____________________________________________


nie było miłości.


_____________________________________________


znowu jakbym wracała do siebie. rozumiała. o wiele więcej rozumiała. a to zrozumienie rodzi się w okropnych bólach. żadna kobieta o zdrowych zmysłach nie chce, nie kocha, nie tłumaczy, nie pragnie.

kogoś kto nie był dobry. 

kogoś, kogo tu jakby w ogóle nie było. 

"zakochał się". poczuł, że chce życia. wiatr we włosach. poczuł bryzę, która ma imię Ada. 

ona! nie boi się przeklinać, robi wszystkie dziwne rzeczy świata, jest naturalnie pogmatwana, szalona. zmienia coś swoim istnieniem. mówi o tym, wyraża wszystkim czym jest. niskim głosem, tonami wypalanych papierosów, pięknem, pogodą i młodością mądrej duszy. patrzy, tak żeby widzieć. żyje tak, żeby Żyć. 

jest czymś więcej niż bryzą, jest tęczą. 

ze wszystkimi kolorami. tak jak obrazy, które maluje.

jest głębsza niż morze, nad którym ją spotkał.


wołała go. zapraszała do Życia. chciała rozmawiać, zawsze chciała rozmawiać. pisała. chciała nauczyć (się) i jego, tego kim jest, i tego czym jest to Życie. chciała żeby gdzieś tu był, żeby zaczekał i na spokojnie umościł sobie miejsce w tym Życiu. proces tworzy Życie, moszczenie się, to jeden z nich. 

chciała, żeby się mościli. oboje, obok, w Życiu.

chciała, żeby tu był, w takiej pełni której nie znał. 

tak, chciała zabić- to co stare. tak, chciała rodzić, to co nowe. 

_____________________________________________

wołałam jak północny wiatr. 

zaprowadziłabym do domu, gdyby wybrał mnie. 

ale nie wybrał.

to nie ja. to nie mnie szukał. to nie na mnie czekał całe życie. 

to boli, ale to nie miałam być ja. na pewno nie ta ja.

ile spotkał "nie tych"? ile spotka "nie tych"?


czy chciał kiedykolwiek wracać do domu?

czy chciał najważniejszej kobiety w swoim życiu? 

czy wie, że ta kobieta już w tym Życiu jest? od zawsze, i ma na imię Mama.

_____________________________________________

nie będę dłużej czekać na człowieka- widmo. którego na pewno nie ma tu i teraz. nie wiem gdzie jest. gdzie się zapodział przez te wszystkie lata. widziałam, że tam jest, w łagodnym spojrzeniu. 

chciał, żebym wierzyła, że nie umarł. bał się, panicznie, że odkryję prawdę, i odejdę sama. a on straci Życie, sprzed oczu i duszy, a ból będzie tak wielki, że tym razem go nie przeżyje. 

odszedł sam, wycofał się do znajomego stanu widma. przynajmniej ze swojego wyboru! przecież Życie jest toksyczne, bywa niedojrzałe, imprezuje, ma różne relacje, nie jest gotowe/ jest procesem. wrócił do stanu, który dobrze zna. do zmyślonego domu, w którym jest ból. ale jest znajomy i oswojony. taki sam jak od 44 lat.

bardzo chcę dobrze dla niego, ale on nie chce tego dla siebie. nie wie, że wyciszając telefon, wyciszając wszystko co napisałam, nie wypłakując, nie krzycząc, nie dając się sobie sparaliżować, nie przeżywając. nie przeżywa wcale. 

może już od wielu lat wcale nie żyje. 

chciałabym, żeby znalazł tą której tak bardzo szuka. i od której tak bardzo ucieka. ucieka na tyle, że nigdy nie przeczyta tych zdań. nie zanurzy się w morzu, głębszym niż jakiekolwiek Życie.

_____________________________________________

ja,

mogę odejść. mogę przestać patrzeć, przestać widzieć ten rozległy - nie mój- smutek. to dotyka mnie najbardziej, ten rodzaj smutku, który trzeba rozliczyć z samym sobą. chciałabym być powodem tych pięknych rzeczy, które przychodzą po najtrudniejszych chwilach Życia. 

ale sami jesteśmy powodem dla samych siebie. nie relacje z ludźmi są trudne, trudna jest relacja z jednym człowiekiem. tym którego najbardziej się boimy, a który jest najbliżej.

ja,

z tą osobą spędzam teraz różne chwile. zapomniałam, że tu jest. najważniejszy od kilku miesięcy jest tylko W. pora to zmienić, przestaję kochać, wypuszczam, chcę, żeby znalazł. 

już przypomniał sobie czym jest bryza, co to znaczy żyć. 

mogę odejść.

i odchodzę. 


jestem dla siebie najważniejsza.


szukajmy wszyscy tak, żeby znajdywać.


_____________________________________________


miłość.


_____________________________________________







czwartek, 26 września 2019

away.



24/09/17 "unloved"

wydaje się, że pamiętam o co mi chodziło tamtego wieczora. minęły ze dwa lata odkąd przestałam pisać. w mojej rzeczywistości, minęło o wiele więcej. rezygnacja, nowe starty- wszystko ma być uwolnieniem. przekierowaniem życiowych sił na inne tory. w domyśle, lepsze. podobnie postanowiłam z pisaniem. podobnie potoczyło się z wieloma innymi rzeczami. 
marzeniami. 

depresyjność, to totalnie cała ja. uśmiecham się iskrami smutku.
z ramion próbuję strząsać go całe swoje życie. 
wychodzi totalnie bez skutku. 

mistrzyni mielenia podobnych uczuć, w koło, w prawo, w życiu. 


26/09/2018

wydaje się, że pamiętam jak czułam się tego dnia, poprzedniego roku.
byłam pełna wycieńczenia życiem. zmęczona zapchanym myślami krakowskim pokojem.

pełna żalów opuszczenia. pewnie nigdy o tym nikomu nie wspominałam jak trudno było mi żyć ze świadomością opuszczenia. trudniejszego bo najbliższej osoby. trudniejszego bo takiego, które sama wspierałam. z poziomu głowy, która najczęściej zagłusza serce. które najczęściej, rozsypuje się na kawałki i krzyczy, najmocniej na świecie.

pamiętam te uczucia. i pamiętam mój smutny świat. poczucie bezwartości istnienia. wkurwienie, tak permanentne i przewlekłe, że chce się rzygać, umysłem.

wtedy nadchodziły najtrudniejsze dni. postanowień, i dużych zmian. największych.


26/09/2019 "away"

reality.
siedzę w kopii krakowskiego pokoju. przewiozłam wszystkie najważniejsze artefakty życia. 

przedmioty, dzięki którym czuję się jak "ada". 

wszystko dobrze, przecież jestem "ada".

wcale, "ada" miała zostać gdzieś indziej.

budzę się w krakowskim pokoju, mimo, że kraków jest 600 km away.  
budzę się, będąc taką samą. od tylu lat taką samą. tak bardzo ze sobą niepogodzoną. rozwaloną, chyba jeszcze bardziej. jeszcze mniej stało się jasne, jeszcze mniej o sobie wiem, jeszcze dalej od siebie wylądowałam. 

to jest największy strach, to był mój największy strach 2018. 
wyjadę, postanowię coś, i wyląduje w bagnie swojej głowy.


radziłam sobie, od lutego. z mało satysfakcjonującą pracą, i z ludźmi którym byłam zbędna.
z wystawą, która nigdy miała nie istnieć. z odrzuconym portfolio. 
z nowym miastem, mieszkaniem.
z odległością.

myślałam, że przyszły najgorsze czasy.
bezsenność trwała, głowa bolała, serce było jakieś porozdzierane.

teraz zastanawiam się czy może przyjść coś gorszego, i znów tak bardzo się boję.

nie ruszam w koło, w prawo, w życiu. jestem w tym drobnym dziecięcym ciele. sytuacje powtarzają się, kraków zmienił nazwę na gdańsk. 

wszystko wraca, wszystko widzę wyraźnie w lustrach, które miały zostać 600 km za moimi plecami. 


to dobrze, konfrontacje są takie rozwijające! dopóki masz siłę, żeby brać w nich udział. 


___________________________________

pamiętam, że często wracałam do krainy kwiatów, w momentach w których odechciewało mi się żyć. do takiego stopnia, że wyobrażałam sobie brak istnienia. 

wszystko może być twórcze.






piątek, 8 czerwca 2018

live/ leave.

czasem wracają myśli o tym miejscu. czasem wcale nie chciałabym go tak bardzo zaniedbywać.

ostatnim razem kiedy ostatnio tu byłam ciałem i duchem, czułam okrutne unloved. 
mija ponad pół roku od tego momentu, a ja sobie wracam jakby nigdy nic.

to smutne, kiedy otaczający świat tak jasno daje do zrozumienia, że słowo pisane jest tak mało ważne. tylko obrazy, i im łatwiejsze-  tym lepiej. pisać dla nikogo. to chyba jeden z gorszych momentów dla słów i ich twórców. 

nigdy nie wiem na jak długo wracam. ale przyszłam na pewno na ten moment, napić się z sobą kawy. 


życie to dla mnie ciągle zbieranina chwil których sensu nie potrafię zrozumieć, a mimo to próbuję tłumaczyć, tak żeby nadal mieć życiowe cokolwiek. kiedy nikt z nas nie ma tak na prawdę nic. 


wspomniałam o obrazach, to tam zniknęłam na ten dziwny czas. wszystko co działo się w moim niewielkim świecie pokazywałam ukradkiem na instagram.  to tam postanowiłam uruchomić pierwszy projekt "art in progress", składający się z krótkich historii o powstawaniu mojego obrazu. próbuję pokazać każdy etap i moment, tego jak tworzę coś - co mam nadzieję już w nie tak dalekiej przyszłości- będę mogła pokazać szerokiemu gronu, krakowskiego świata. wyrwane z kontekstu dzieło, które tworzy się w miarę upływającego czasu, na oczach internetowej widowni. trochę to dla mnie dziwne pokazywać tak dużo. małe sukcesy, i małe porażki. zastanawianie się nad kolorem i kształtem. pokazywanie między wierszami rozwleczonego czasu tworzenia.
proces trwa już 11 tygodni, podczas gdy obraz jest nadal nie skończony. cała historia będzie miała jeszcze coś do pokazania. nawet jeśli wyjdzie brzydko.


tak, czas mija mi tak bardzo na malarstwie. zawsze próbuję znaleźć nawet najmniejszy moment, ze móc pokazać cokolwiek co dzieje się za tymi szeroko otwartymi oczami. czasu jest niewiele. 

życie  tak bardzo pochłania życie. 






niedziela, 24 września 2017

unloved.

czy to możliwe tak długo czekać? czekać, na coś co możliwe, że wcale nie zamierza się wydarzyć?
co trzeba zmienić? co trzeba porzucić? czy trzeba przestać czekać? czy trzeba szukać mocniej?

jak doczekać się miłości? 

to trudne nie załamać się, nie karać ciągłym brakiem miłości. przecież nie da się w nieskończoność nie zamarznąć, kiedy wokół tylko chłód. samotność w końcu zaczyna się robić obsesją. kogo winić za poczucie beznadziejności w relacjach. winię życie, a to przecież coś dzięki czemu tu jestem, dokładnie w takiej formie. czasem winię je nawet za to, że w ogóle się budzę rano. 

to dziwne mieć fajne życie, fajnych ludzi dookoła, fajne przestrzenie. a mimo to szukać odpowiedzi bliżej śmierci, niż życia. odkąd się urodziliśmy, odpowiedź na życie jest przecież jedna. życie potrafi być takie smutne. 

pewnie w końcu przestanę szukać. tak jak oddychać. nadzieje w końcu też umierają.

środa, 24 maja 2017

less.



może jutro będzie dzień pełen cudów?




poniedziałek, 1 maja 2017

crystals.


strachy błyszczą się w słońcu, jak kryształy. albo jak werniks, który pokrywa już większość moich obrazów. to wszystko nadchodzi. czuję się jak dziecko, tak bardzo ciągle czuję się jak dziecko. poplątanie z pomieszaniem życia, nie wiem czyjego. myślałam, że będzie inaczej. a obawiam się poranków, diagnoz, snów. tego, że mój pokój ciągle wygląda tak samo. codziennie w ten sam sposób wstaję. nie jestem już tak szczęśliwa jak kiedyś. chciałabym uciec z tego świata, z tego ciała, ze swojego łóżka. tam gdzie dorosłość była marzeniem, i nic nie mogło go zweryfikować, a na pewno nie uczucie, że się tak dużo rzeczy zawaliło. wydaje się, że wcale nie jest tak źle. dopóki nie przypomnę sobie, jak bardzo się boję swojego ciała. i swoich snów.

przeżywam w duszy coś bardzo dziwnego. śnię o ojcu, który katuje mojego brata. o śmierciach, i wypadających zębach. może to znów ciało daje mi znaki, które lekceważę pędem życia. wariuję od tych myśli. przestaje mi się chcieć żyć. słońce wcale nie jest takie piękne.

zapach werniksu, który kiedyś z dumą wdychałam w moich małych pokojach, w nadziei, że robię coś ważnego i pięknego, przestał na mnie działać. teraz chcę wszystko zagruntować, i wywietrzyć. często muszę zamknąć drzwi sztuki, i przejść kilka kilometrów w kierunku codzienności, która przestała mnie cieszyć. nawet bym coś zmieniła, ale nawet nie wiem co, i na co. chciałabym coś do odczuwania miłości. a nie poczucia winy, za to, że w ogóle istnieję. i złości, na siebie, za to, że dałam sobie żyć w tak gównianych emocjach. 

wtorek, 21 marca 2017

60G.


07-21. 03. 2017 | Kraków, Krowodrza.



zostawię swoje usta.
zamknę oczy. 
w samym środku wielkiej góry.
uśmiechnę się, najciszej na świecie.
stanę się niewidzialna. 


już nawet się nie okłamuję, że to minie. że to tylko chwila. że nauczę się rozmawiać. nie wiem czego życie chce mnie nauczyć. jeśli życie ma czegokolwiek nauczyć. nie wiem nawet czym ono dla mnie jest. serią zdarzeń, które miały zbyt duże znaczenie, ale okazało się, że są kompletnie bez znaczenia. 
kiedyś wydawało mi się, że posiadam wielką mądrość. wielką wrażliwość. możliwość. byłam wtedy słońcem.
przestałam. 
zawsze. zawsze kończę tak samo. każdy ból, - i jak się okazuje - każdą radość. głowa, głowa boli najbardziej. promieniuje od duszy. wszystkie lata ze mnie wychodzą. przesilenie życia. ada, córka danse macabre. zawsze. od zawsze. kurwa, i pewnie na zawsze.



niedziela, 5 marca 2017

ROSES.



świat kołysze się wzdłuż moich skroni.
na plecach wyrósł mi kwiatek.
ja jestem kolcem.
tysiącem kolców, i sztyletów.



poniedziałek, 2 stycznia 2017

here.

taka sobie jestem, ciągle. 
nowy rok, nowe wyzwania. bla bla bla. 
życie jakieś takie nudne. nie wiem co musiałoby się zadziać, chyba żebym miała znowu 19 lat. to takie umowne, stan umysłu. 19. otwartość i marzeniowość.

świąteczne dni udowodniły mi wspaniałość ludzi których mam obok siebie. przyjacielskie święta. spotkania po latach. inspiracje. rodzina, która w tym roku była obecna jakoś mniej. zajmuje mi tak wiele myśli, rodzina. nad życie, zawsze. to prawda, im się jest starszym zaczyna się szukać swojej rodziny, albo zaczyna ją budować. i wtedy okazuje się, że można mieć dwie rodziny, ludzi których się kocha za to, że są obok, i taką którą się kocha od zawsze. 
i tak jakieś smutki. 

nowy rok, to dla mnie zmiany. zaczynam bawić się dekoracją w zupełnie innym miejscu niż dotąd. dom zmieniłam. wszystkich, którzy inspirowali, popychali do przodu, byli najważniejszą częścią pracy. to był pierwszy dzień nowego roku. 

inny. nieznany. 2017.


niedziela, 18 grudnia 2016

27.



pierwszy raz, nie poszłam do Bunkra na urodzinową kawę. 
samotność nie jest najważniejsza. 
miłość ludzi jest najważniejsza. to jej życzę sobie na najbliższy rok. 

to niesamowite, z każdym rokiem coraz mniej marzeń koncentruje się na rzeczach materialnych. jak było się małym, marzyło się o nowej lalce, sukience, zegarku. dzisiaj marzę o dobrych i szalonych ludziach obok. tak samo szalonych jak ja. tak, żebyśmy mogli siedzieć i gadać całe noce. albo milczeć. i tego sobie życzę, cudownych i inspirujących ludzi obok, jakich mam dzisiaj. 



chciałabym być lepsza dla siebie, i umieć dawać się sobą cieszyć. 

________________________________________


tak, myślę, że mogłam się zakochać. tak bardzo o tym marzyłam, o tym jednym uczuciu, które obudzi mnie ze snu, tak jak on mógłby budzić. historie lubią wracać, a ja ciągle jestem mistrzynią miłości niemożliwych. życie nie jest filmem, ja nie jestem znaną artystką, miłość jest daleko, a ja ciągle sama, od 5, czy 6 lat. tylko ten śnieg taki sam ciągle.




*

środa, 30 listopada 2016

cold winter.




wszystko przypomina krainę z której pochodzę. i do której bardzo dziś chcę wrócić. byłabym na samym środku ogromnego pola. w przestrzeni, w której nie ma horyzontu. byłaby ciemna noc, widoczność wyznaczałyby białe ślady, które na śniegu roztacza wiatr. byłabym prawie naga. cały chłód odczuwałabym tak bardzo głęboko, że sięgałby prawie duszy. byłabym sama i wolna, bez matki i siostry. pochodząca z nikąd, szukałabym tego nieistniejącego miejsca. nie ograniczałaby mnie już nigdy insulina. zapomniałabym o istnieniu czegokolwiek. 




taki dzień jak dziś trafia się raz na długi czas. ostry i zimny wiatr porusza ciałem i umysłem. śnieg ucieka w popłochu przed siłą wiatru, wszystko idealnie współgra ze sobą, w tym dzikim tańcu. twarz wydaje się być poraniona tysiącem ostrzy, które jak sztylety wbijają się najmniejszym ukłuciem w centymetry ciała. jest tak biało i czysto, cała ciemność nocy rozświetla się milionem jasnych, mrugających płatków śniegu.


to uczucie nazywa się wolność.

poniedziałek, 28 listopada 2016

blue.




to tylko udawanie.
nie chcę zamykać oczu, bo boję się, że ucieknie mi choćby minuta życia. że nie zauważę padającego za oknem śniegu. a uwielbiam go nad życie. nawet jeśli tylko wiem, że gdzieś w oddali spada w kierunku ziemi. śnię, tak bardzo mocno śnię. budzę się w nocy, pełna obłędów istnienia. a ja przecież tylko żyję, tylko jestem sobą. udaję, że odchodzę. udaję, że mam martwe serce. że nie nic go nie potrafi dotknąć, tymczasem jest zupełnie inaczej. a we mnie dzieje się tysiąc wojen. i tysiąc miłości. 

pamiętaj, to tylko udawanie, to sposób. 


*****



sobota, 26 listopada 2016

war is serenity.


powinieneś się cieszyć, nawet jeśli nie znajduje się ten jeden, ciągle coś się dzieje. serce jest rozdarte. ale wiesz, że ciągle masz je w piersi. że to serce ma siłę na to, żeby szukać. uczucia rodzą się w Tobie same. bo serce nadal jest tam gdzie powinno być.
ciągle pobudza je coś pięknego, drugi człowiek. 
zmieniają się imiona i historie, nie ma pustki. 







__________________________________________

moje serce jest jakieś dziwnie martwe. obojętne. pojedyncze zrywy, dziejące się raz na pół roku, nawet jeśli się zdarzają, kończą się szybko i w taki sam sposób. 

a serce tak jakby już od jakiegoś czasu wcale nie biło. 
jest pełne chłodu i wojen. i przyzwyczaiło się tak bardzo, że to spokojny stan, w którym nawet łza nie budzi. 
ciało- chłodne, tak jak serce. 
królowe śniegu, rozumiem każdą z was. 

czwartek, 22 września 2016

brother.



z każdą jesienią nadchodzi uczucie. z każdym latem.

rozpaliły mi się oczy, rozpaliły dłonie.
zaczęłam słyszeć muzykę. dostrzegać w pięknie obrazy, które wydawały się beznadziejne.
serce, ty żyjesz! 

rozpędzone myśli, odnalazły punkt zaczepienia. nawet w przypadkowym spotkaniu. nawet jeśli to tylko przypadek. przypadek, i kompletna nieprawda. 
nie dzieję się życie bez serca, nie dzieje się sztuka. 


inspiracja jest zawsze kimś żywym. 
tak, jak żywe zaczyna być serce.
nawet jeśli, to tylko chwila. 
nawet jeśli ja znów zaraz zacznę być taka sama.